„Tokijska opowieść” i omlet z serem i oliwkami

Raz na jakiś czas, dla pokrzepienia umysłu, albo próbując otrząsnąć się z magmy współczesnych trendów twórczości artystycznej, stawiam czoła „klasyce”. Biorę głęboki oddech i rozpoczynam walkę. Umówmy się – brnięcie przez niektóre z tych kamieni milowych sztuki, wymaga nie lada samozaparcia.

Kika dni temu skończyłam czytać „Kobiety u studni” Knuta Hamsuna (o Hamsunie zresztą pisałam już kiedyś). Ta mistrzowsko skonstruowana, archaiczna epopeja jest zdumiewająco kompletnym portretem pewnej społeczności. Społeczności traktowanej zarówno jako całość, lecz również jako mozaika złożona z niepowtarzalnych osobowości. Hamsun dziergając swoją opowieść, nie zanudza barokowymi przedstawieniami świata, nie próbuje werbalizować emocji. Opisuje to, co następuje. I dociera wszędzie tam, gdzie niejednemu majstrowi od rozkładania uczuć na czynniki pierwsze dotrzeć się nie udało.

o nie mógł być przypadek, że raptem kilka dni później dane mi było pogrążyć się w subtelnościach „Tokijskiej opowieści”. Yasujirô Ozu bez dwóch zdań można zaliczyć do klasyków. Jego styl niesie ze sobą wszystkie blaski, których u klasyków szukam, i trochę cieni, z którymi przychodzi walczyć, obcując z nimi. Bardzo często dzieje się jednak tak, że blask, który zaczyna rozprzestrzeniać się wraz z zaangażowaniem w historię, oślepia mój zdegenerowany popkulturą, przystosowany do szybkiego montażu i prostego przekazu umysł. Tak stało się też tym razem, nie było innej możliwości.

tokijska

Para starszych ludzi jedzie odwiedzić swoje dzieci, które przed wielu laty osiedliły się w Tokio. W wielkim mieście. W mieście dającym możliwości. A przecież każdy rodzic chce, żeby jego dziecko odniosło sukces. Zawodowy sukces. Jednak rytm wielkiego miasta, oprócz korzyści, wymaga też ofiar. „Nasze dzieci się zmieniły” – to zdanie niejednokrotnie padnie z ust staruszków – naszych głównych bohaterów. I my jako widzowie będziemy mieli niepowtarzalną okazję obserwowania owych zmian. Jednak, żeby móc je dostrzec, żeby zajrzeć w okular mikroskopu, który podsuwa nam Ozu, trzeba wyostrzyć zmysły. Przygotować zapas cierpliwości i wrażliwości. Bowiem ta opowieść nie zapewni nam zatrważających zwrotów akcji, ani fajerwerków.

Ponad dwugodzinny seans „Tokijskiej opowieści” jest niczym pajęcza sieć. Cieniutkie nici dialogów tworzą zdumiewająco mocną strukturę. Strukturę mieniącą się znaczeniami. Błądzimy po niej tropem owych błahych z pozoru rozmów, lecz gdy dostrzegamy ją w pełnej okazałości, okazuje się, że staje nam przed oczami zapierająca dech w piersiach kompozycja.

Owa kompozycja to (podobnie jak u Hamsuna) złożona mozaika zachowań i osobowości, w której kształt jednego elementu implikuje położenie drugiego. Najpiękniejsze jest to, że finalnie nie wiadomo właściwie, czym zachwycać się bardziej – sylwetką i barwą pojedynczych elementów układanki czy wzruszającemu obrazowi, który tworzą sklejone mocnym spoiwem zależności.

Dla nas, Europejczyków, owa historia może mieć też inny – kulturoznawczy (w najprostszym tego słowa znaczeniu) wymiar. Różnice dzielące nasze kulturowe dziedzictwo są tak ogromne, że obserwowanie każdego najmniejszego elementu jest równie ekscytujące jak śledzenie akcji. Równolegle, podążając za fabułą, błądziłam wzrokiem po konstrukcjach domów, wzorach kimon, tak pięknie sfilmowanych przez Ozu. Próbowałam po raz kolejny „złożyć do kupy” japońską emocjonalność, nieznany nam konwenans i tajemniczą mimikę… lub jej brak. Kiedy wszystkie kwestie – konstatacje, wyrzuty i radości – wypowiadane są z identycznym uśmiechem na ustach, czas wyciągnąć z zanadrza wspomnianą porcję cierpliwości i wrażliwości i… płynąć. Warto popłynąć, bo to przypowieść z prawdziwie mądrym morałem.

Co do jedzenia?

omlet

Omlet z serem i oliwkami

Składniki:

– jajka
– dosyć twardy ser pokrojony w kostkę ( ja użyłam twardego, białego owczego sera);
– czarne oliwki pokrojone na grube plasterki
– opcjonalnie: świeża bazylia lub szałwia, ewentualnie trochę suszonej
– sól i pieprz
– oliwa z oliwek na patelnię (jeśli omleta nie przyprawiamy intensywnie, warto użyć aromatyzowanej oliwy lub oleju o charakterystycznym aromacie, np. z orzechów włoskich lub nasion papryki).

omlet gotowy

Wykonanie:

W miseczce roztrzepujemy jajka, dodajemy ser i oliwki tak, aby masy jajecznej było trochę więcej niż dodatków, przyprawiamy i mieszamy.
Wylewamy na dobrze rozgrzaną patelnię, lekko skropioną oliwą.
Kiedy omlet przy brzegu będzie już lekko ścięty, podważamy go z boku drewnianą łyżką, podnosimy lekko jeden z jego brzegów i pochylamy patelnię tak, aby płynna masa wypełniła puste miejsce. Tak samo, z drugiej strony. Równomiernie powtarzamy czynność, aż na wierzchu nie będzie już „pływającej” jajecznej masy.
Teraz przerzucamy omlet (jest to dosyć trudne – dla niezaprawionych w bojach efektownym przerzucaniem naleśników polecam drugą opcję) lub zsuwamy go na talerz, przykrywamy go patelnią i szybko odwracamy, by omlet ściął się z drugiej strony.
Gotowe!

Gdzie kończy się świat a zaczyna kino? „Senada” i „Sieniawka”

Fikcja ubrana w kostium dokumentu znalazła już swoją nazwę – Mockument. Sekcja mockumentów na zeszłorocznych Nowych Horyzontach była reprezentowana tyleż licznie, co satysfakcjonująco. W tym roku równie wyrazistą drużynę stanowiły filmy będące jak gdyby rewersem definicji mockumentu.

Może twórcy filmowej nowomowy powinni ruszyć do akcji? Moim oczom ukazało się bowiem coś, co nie zostało chyba jeszcze nazwane: filmy w których aktorzy to ludzie nie grający żadnych ról, będący „sobą”. Filmy dla których scenariusz pisze życie.

„Toż to po prostu dokument, nic innego!” – powiecie. Otóż nie, to nie były dokumenty…

plakat senada

Już rozbieżność tytułów – oryginalnego oraz tego nadanego przez polskiego dystrybutora – stawia przed nami pierwsze pytanie. „Senada” (polski tytuł) to imię kobiety – matki dwójki córek i żony Nazifa utrzymującego swoją rodzinę ze zbiórki złomu. „Epizod z życia zbieracza złomu” to dosłowne tłumaczenie oryginalnego tytułu. Kto jest zatem osią filmowych wydarzeń? To za Nazifem podąża kamera, to jego trudy, bezradność i cichą rozpacz obserwuje jej wścibskie oko. Jednak to Senada nosi w sobie brzemię… życia i cierpienia. Senada i Nazif nie są aktorami, a to co wydarza się na ekranie, wydarzyło się naprawdę. Jednak nie oglądamy dokumentu. Nasi bohaterowie odgrywają sceny ze swojego życia na potrzeby filmu. A są to sceny często dramatyczne, bolesne, kładące na szalę życie i śmierć.

Reżyser filmuje owe sceny dokładnie tak, jak filmuje się dokumenty. Złudzenie, iż oglądamy prawdziwe zdarzenia, które pączkują i rozwijają się na naszych oczach, jest dojmujące. Brak emocji na twarzach bohaterów, ich bolesny stupor tylko owo wrażenie uwydatnia. Jednak wszystko, co pojawia się wokół, mówi nam o tym, że ta historia była „tylko” opowieścią. Rekonstrukcją. Rysunkowy plakat, filmowa, jakże chlubna lecz stricte fabularna, przeszłość reżysera – Danisa Tanovicia, autora m.in. „Ziemi niczyjej”. I tylko jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi – gdzie była granica i czy została przekroczona? Bo dla Senady i Nazifa fakty pozostaną przeszłością, lecz emocje są tematem, z którym uporać jest się zgoła trudniej.

sieniawka

Podróż do „Sieniawki” naznaczona jest żmudą i katatonią. Leniwe czy nawet chorobliwie spowolnione sceny obserwacji życia w szpitalu dla psychicznie chorych drażnią zalążki szaleństwa siedzące w mojej głowie. Katatonia codziennego życia w zamknięciu czterech ścian, własnej jaźni rozlewa się na otaczający świat. Świat Sieniawki zawieszony w absolutnej próżni. Nie bez przyczyny reżyser sugeruje nam fantastyczne konotacje. Główny bohater budzi się pokiereszowany. Przybył do miasta-widma z powrotem, po hibernacji? Podróży? Leży w środku lasu niczym wypluty przez maszynę czasu. Te fantastyczno-naukowe konteksty nie są tylko wynikiem mojej pobudzonej licznymi seansami wyobraźni. To okruchy fantazji rozsiane przez autora po całym filmie. Dla niektórych mogą wydawać się usilną „artystyzacją”, dla innych niepotrzebnym ozdobnikiem. A jednak sytuują Sieniawkę nie tylko w kontekście społeczno-geograficznym, lecz także wikłają ów ciężki świat w długie spacery po bezdrożach sennych marzeń i abstrakcyjnych skojarzeń.

W „Sieniawce” prawdziwy świat, prawdziwi ludzie i prawdziwe okoliczności zostały zaprzęgnięte w rydwan wyobraźni i kulturoznawczych konotacji. Razem tworzą niełatwy do strawienia lecz hipnotyzujący obraz istniejącej, głównie w ludzkich umysłach, dystopii.

A co powiecie na… emokument?


Co do jedzenia?

Senada robiła wspólnie z córkami piękny, okrągły burek. Ale burek już był na Udław Się!

Pierwsza rzecz, która kojarzy mi się z „Sieniawką” i jedzeniem, to scena na stołówce, w Sieniawkowym domu dla psychicznie chorych. Skrupulatne przygotowania, wspólne stoliki, zbiórka i… Mielone?

Zatem mielone, ale lekko podkręcone (pokręcone?): po japońsku.

Mielone po japońsku

mielone

Składniki:

500 g mielonej wołowiny
2-3 łyżki oleju (ja użyłam arachidowego)
1 mała cebula pokrojona w drobną kostkę
50 g bułki tartej
1 jajko
1 łyżeczka soli
czarny pieprz
115 g grzybów shiitake pokrojonych w paski (jeśli są suszone, to wcześniej namoczyć je w gorącej wodzie)
200 g białej rzodkwi, utartej i osączonej z soku
1,5 łyżeczki sosu sojowego

Wykonanie:

Na patelni rozgrzać łyżkę oleju, smażyć cebulę do zeszklenia, odstawić.
W misce wymieszać mięso, cebulę, jajko, tartą bułkę, sól, doprawić pieprzem, wyrabiać aż składniki dokładnie się połączą. Podzielić na 4-5 części.
Zwilżonymi dłońmi formować okrągłe kotlety na tyle długo, aby były zwarte. Lekko je spłaszczyć, aby dokładniej się usmażyły.
Na patelni rozgrzać pozostały olej, włożyć kotlety, smażyć z obydwu stron, na dużym ogniu aż się zrumienią. Położyć obok grzyby (można bardzo lekko podlać wodą) i dusić pod przykryciem 3-4 minuty.
Kotlety skropić sosem sojowym, podawać z rzodkwią i grzybami, (ja grzyby wymieszałam z ugotowaną kaszą quinoa).

„Halley” i pancakes

Niestety, żaden recenzent filmu „Halley” nie podjął się karkołomnego zadania utrzymania w tajemnicy zagadkowej dolegliwości głównego bohatera.
Nie będę więc wychodzić przed szereg i skrzętnie unikać zdradzenia owego zatrważającego faktu. Reżyser, Sebastian Hofmann, uchyla stopniowo rąbka tajemnicy, lecz całkowicie wyjawia ją dopiero w 37. minucie filmu. Beto – główny bohater – nie żyje. Chodzi po ulicach, jeździ metrem, pracuje, jednak jego ciało ulega trudnemu do okiełznania rozkładowi.

130110_halley

„Halley” to podobno horror. Bez wątpienia, dzieją się w nim rzeczy nadprzyrodzone. Waham się jednak, czy można nazwać je „strasznymi”. Wydaje mi się, że jedyny strach, którego możemy się nabawić podczas seansu, jest uczuciem głęboko egzystencjalnym. Trafniejsze byłoby chyba słowo „lęk” lub „trwoga”. Tego w historii Beta nie brakuje.

Obserwujemy losy człowieka zmagającego się – w nierównej walce – z własnym ciałem. Owo ciało, w swojej ułomności, staje się główną treścią życia. Nadaje mu rytm, reglamentuje wolny czas, tłamsi pragnienia, krępuje kontakty z ludźmi, zagłusza najmniejsze nawet przyjemności. Gdy z biegiem fabuły odkrywałam dojmującą samotność bohatera, jego fascynację przedmiotami, które przywołują wspomnienia minionego życia, pomyślałam też o pewnym bolesnym porównaniu.

Być może los Beta to nic innego, jak zmaganie człowieka ze starością? Gdy pozwoliłam tej myśli zawładnąć moim odbiorem filmu, zdałam sobie sprawę, jak brutalne jest to porównanie. Oczywiście, w filmie Hofmanna (jak w większości dobrych filmów) można odnajdywać rozmaite analogie. Możemy też czytać losy bohatera przez pryzmat nieuleczalnej choroby, jednak starość (może też za sprawą przychodzącej zaskakująco na myśl „Miłości” Hanekego) zdaje się być najbardziej przenikliwym porównaniem.

Autor zadbał o to, by nie tylko fabuła stymulowała nasze zaangażowanie. Ścieżka dźwiękowa roi się od sugestywnych tykań zegarów, brzęczenia uwięzionych, błądzących po tafli szkła, much. Z kolei wizualnym tłem dla całej historii jest… siłownia. Spocone, wyrzeźbione ciała i ich właściciele, dążący do nieosiągalnej perfekcji. Z drugiej strony ludzie otyli, maltretujący swoje niegotowe na wysiłek kilogramy. Walka z materią cielesnej powłoki, jakże ważnej, lecz jednocześnie błahej i trywialnej w obliczu wiecznego nieistnienia.

Strona wizualna „Halleya” skąpana jest w zimnych barwach i nieostrościach. To nic nowego w dzisiejszej kinematografii. Nie twierdzę jednak, że dobry, lub nawet bardzo dobry film, musi być innowatorski w każdej dziedzinie. To właśnie, wspomniane wcześniej, ryzykowne, lecz trafne paralele oraz wszechobecne symbole są największymi atutami tego skądinąd pionierskiego filmu.

Pionierskiego filmu o Zombie.

Co do jedzenia?

Uroczysty, smutny, samotny, jedyny w filmie posiłek Halleya. Pancakes. On na szczycie wysokiej góry pankejków oprócz klasycznego syropu klonowego dorzucił jeszcze masło. Jedyna zaleta posiłków, których i tak nie można zjeść – mogą być ohydnie wręcz kaloryczne.
U mnie tylko z klonowym syropem, czasem z twarożkiem i dżemem. Coś za coś – bez rozpustnego masła, ale za to wylądowały prosto w brzuchu. Thank God, I’m alive.

posiłek

PANCAKES

SKŁADNIKI:

1 szklanka białej mąki
2 łyżki cukru
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
0,25 łyżeczki sody oczyszczonej
0,25 łyżeczki soli
2 lekko ubite jajka
0,5 szklanki jogurtu naturalnego
0,5 szklanki niegazowanej wody mineralnej
2 łyżki stołowe masła – stopionego i wystudzonego

WYKONANIE:

Wymieszaj jaja, jogurt i wodę, dodaj stopione i przestudzone masło. W drugim naczyniu wymieszaj wszystkie suche składniki. Połącz dokładnie suche i płynne składniki. Smaż małe placki.

pancakes

„Berberian Sound Studio” i warzywa po bengalsku

Jest wiele powodów, dla których „Berberian sound studio” jest dla mnie filmem wyjątkowym.
Przede wszystkim ów drugi, w pełni autorski, film Petera Stricklanda zawiera w sobie zaskakujące bogactwo elementów predestynujących go do bycia wymarzonym wprost gościem bloga Udław Się!
Czym są owe „elementy”? Jaką bronią walczył autor o „wyjątkowość” w tych jakże trudnych dla filmowców czasach, kiedy postmodernizm zdaje się być przeżytkiem?
Chwila, moment. Postaram się wytłumaczyć.

berberian

Primo.

„Berberian…” zdecydowanie wychodzi poza granice. Nie przekracza jednak granic dobrego smaku czy tabu, tak jak transgresywne wybryki, o których zdarza mi się pisać. Przekracza granice gatunkowe. Łamie zasady porządkujące konserwatywny świat filmowej narracji. Jest filmem o robieniu filmu. Doprecyzowując: Jest prawdziwie trzymającym w napięciu filmem o udźwiękowianiu horroru. I tutaj autor ma dla nas pierwszą niespodziankę: nie zobaczymy ani jednej klatki z powstającego obrazu.
Brzmi jak arcynudny film dla studentów kulturoznawstwa?

Secundo.

Nie, absolutnie nie jest nudny. Dla studentów kulturoznawstwa tym bardziej. A przecież wcale nie trzeba być kulturoznawcą, żeby kulturoznawcze zabawy doceniać czy nawet praktykować. A scenarzysta „Berberian…” proponuje nam naprawdę bogate instrumentarium do praktykowania owych zabaw. Mamy człowieka odkrywającego swoją mroczną stronę, i mroczną stronę która za wszelką cenę chce zostać odkryta, analizę pracy twórczej, Freudowskie inklinacje, zapętlający się czas, a wszystko to skąpane w klimacie…

Tertio.

…Giallo! Już czołówka nie pozostawia wątpliwości. Muzyka, obraz, pierwsze kwestie aktorów. Jestem pewna, że reżyserowi nieobce są fascynacje kinem Dario Argento i jego braci w grozie.
Tuzinkowe zderzenie dwóch światów – małego, skromnego, nieurodziwego Anglika z podniosłym, kipiącym temperamentem, wyrafinowanym światem artystowskich włochów, jest narzędziem do stworzenia nietuzinkowej rzeczywistości. Jednym z wielu narzędzi. Swój autorski, „angielski” – jakże zachowawczy i finezyjny zarazem – sposób na podzielenie się fascynacją włoskim filmem grozy, Strickland uzupełnił o…

Quatro.

…smakowtą i niezwykle konsekwentną stronę formalną.
„Berberian…” zbudowany jest na rozmaitej maści zbliżeniach, detalach i ujęciach makro. Te zabiegi medalowo spisują się w karkołomnej konkurencji, jaką jest budowanie niesamowitego napięcia na… dialogu, teorii, monotonii technicznego warsztatu, zachowawczości. Poza tym: jak można sprawić, by widz odczuwał napięcie oglądając film, w którym wszystkie tajemnice filmowych tricków zostały obnażone? Dźwięk, nagrywany przez bohatera filmu, imitować ma morderstwa, wyrywanie włosów, dźganie nożem, a przecież wszystko to kreowane jest za pomocą…

Quinto et finis.

Warzyw!

I teraz przyznajcie sami: Czy „Berberian Sound Studio” i Udław Się! nie są dla siebie stworzeni?

Co do jedzenia?

Nasz bohater wykorzystuje cukinię do imitowania odgłosów roztrzaskującego się o bruk ciała.
Ja z cukinii, między innymi, robię warzywa po bengalsku.

WARZYWA PO BENGALSKU

szama

Składniki:

5 średniej wielkości ziemniaków
1 duży bakłażan pokrojony w kostkę
350 g dyni
0,5 kg cukinii
(bakłażana dynię lub cukinię możemy zastąpić tą sama ilością fasolki szparagowej)
3 łyżki oleju roślinnego
1,5 łyżeczki nasion czarnej gorczycy
1-2 suszone, pokruszone chilli
3 liście laurowe
1 łyżeczka nasion kozieradki
1 łyżeczka nasion anyżku
1 łyżeczka mielonego kuminu
0,5 litra wody
2 łyżeczki brązowego cukru
2 łyżeczki soli

przygot

Wykonanie:

W dużym (jak największym!) garnku rozgrzej tłuszcz. Wrzuć nasiona kozieradki, gorczycy, liście laurowe i chilli. Przykryj, aby gorczyca nie wyskakiwała z garnka.
Kiedy przestaną strzelać, dodaj nasiona anyżku i mielony kumin, następnie natychmiast wrzuć pokrojone w kostkę ziemniaki.
Smaż 8 minut ciągle mieszając, aby zbrązowiły się ze wszystkich stron.
Dodaj dynię, bakłażan i cukinię, mieszaj dokładnie wszystkie składniki kilka minut, wlej wodę i przykryj.
Gotuj na małym ogniu mieszając delikatnie co 5 minut. Po 15 minutach dodaj sól i cukier, wymieszaj i gotuj na małym ogniu, aż warzywa będą miękkie a sos gęsty.

Przepis inspirowany książką Adiraja Dasa „Kuchnia Kryszny”.

„Życie Adeli. Rozdział 1 i 2”. Otwarcie Nowych Horyzontów i makaron z bobem, owczym serem i miętą

Nie dałam się przestraszyć niestandardową długością seansu (trzy godziny w kinowym fotelu nie każdemu filmowi uchodzi na sucho). Nie zniechęciła mnie wizja tradycyjnych (lecz w gruncie rzeczy, całkiem bezpretensjonalnych) oficjałek na rozpoczęcie.
Puściłam w niepamięć przedziwny, lecz niezupełnie satysfakcjonujący seans „Wujka Boonmee…”, zwycięzcy Cannes w 2010 (co w moich oczach świadczy o sporadycznej omylności Canneńskiego jury). Przebierając nogami na myśl o nadchodzącym dziesięciodniowym filmowym tsunami, zasiadłam w oczekiwaniu na seans otwarcia trzynastych Nowych Horyzontów. Jakże mile zaskoczyła mnie ta dwudaniowa, wyborna uczta!

Gotowa jestem nawet wybaczyć „rapera”, który próbował umilić publiczności poprzedzające seans ceremonie.

No cóż, zarówno od kina, jak od rapu wymagam, aby trzymały elementarny poziom. Tego wieczoru kino usatysfakcjonowało mnie ponad normę. A rap? Zostańmy lepiej przy Kinie.

adela

Abdellatif Kechiche jest prawdziwym zawodowcem. Nieśpiesznie, z dużą pewnością siebie i świadomością warsztatu, dzierga swoją opowieść. Przemyślany rytm, zróżnicowany smak i delikatne pulsowanie tuż pod powierzchnią narracji sprawiają, że ta najprostsza historia, rozciągnięta – z pozoru nie humanitarnie – w czasie, porywa, otula i wciąga.

Kechiche z odwagą podaje nam swoje (miejscami prawdziwe pikantne) danie. Zmusza nas do smakowania. Jednak w całym tym procesie nie wydaje się być wyrafinowanym mistrzem ceremonii, patrzącym z boku na potyczki swoich targanych emocjami podopiecznych – aktorów i maluczkich odbiorców-widzów. Siedząc w kinowym fotelu, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż mam do czynienia z dziełem szczerym do granic możliwości. A szczerość jest zagorzałym wrogiem pretensjonalności. O pretensjonalność zatem nie sposób Kechiche’a posądzić. Nie sposób też zarzucić mu nieprzemyślanego korzystania z konwencji naturalizmu. Szczerość i odwaga w połączeniu z talentem i pasją dały mu do tego pełne prawo. Jednak oprócz osobistych przymiotów, reżyser dysponował jeszcze jedną tajną bronią. Obsadą. Za tytułową bohaterką krok w krok podąża oko kamery – miejscami dynamiczne i przenikliwe, miejscami emocjonalne i subtelne. Żadna z jej emocji, nie jest w stanie umknąć naszej uwadze. Żadna z jej emocji nie kłamie. To pozwala „zajrzeć” do wnętrza Adele bardzo głęboko. Czytać ją jak książkę. Książki – nota bene – są dla naszej bohaterki jedną z podstawowych treści życia. Ona też zagląda głęboko do ich wnętrza.

Poszukiwania wodzą nas często po nieznanych ścieżkach. Na ścieżce Adele staje Emma. Charyzmatyczna, hipnotyzująca, agresywna i subtelna zarazem, „mieniąca się”. Tomboy – Femme Fatale. Karkołomne zadanie? Léa Seydoux zrobiła to śpiewająco. Swoim powalającym urokiem osobistym, rysując ową pełną sprzeczności postać, wdarła się bezpardonowo w szeregi aktorek, które podziwiam z mieszaniną zachwytu i zazdrości.

Przez całą pierwszą część filmu towarzyszy nam ukochana przez Adele literatura, która rysuje między widzem, reżyserem i bohaterem niewidzialną nić porozumienia. Daje chwile wytchnienia od opowiadanej historii. Na krótki moment zmienia perspektywę.

Druga część tonie we łzach, zamyka nas w emocjonalnym stuporze, przepełnia niepewnością. Inteligencja i emocje to największe wartości, które mogę dostać od filmowych twórców.

Co do jedzenia?

Ojciec Adele jest mistrzem makaronów. Co prawa jego spécialité de la maison to klasyczne bolognese (które potem staje się też domeną tytułowej bohaterki), jednak to gotowałam dla was dawno temu, przy innej okazji („Kobieta na skraju załamania nerwowego”). Zostaję zatem przy makaronach, lecz wykorzystuję lipcowe „dary targu”. W dodatku przepis jest ekspresowy, zatem idealny na Nowe Horyzonty. Zdążyłam zrobić między seansami.

MAKARON Z BOBEM, OWCZYM SEREM I MIĘTĄ

makaron

Składniki:

ok. 300g spaghetti,
500 g bobu,
100-200 g twardego sera owczego,
2 posiekane ząbki czosnku,
garść świeżej mięty,
oliwa z oliwek (sporo),
sól i pieprz,
ewentualnie odrobina parmezanu.

Wykonanie:

Gotujemy bób na półtwardo, studzimy i obieramy.
Gotujemy makaron.
Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek i podsmażamy na niej czosnek z bobem.
Dorzucamy makaron, doprawiamy solą i pieprzem do smaku.
Pod koniec smażenia wrzucamy na kilkanaście sekund grubo posiekaną miętę i pokrojony w kostkę ser. Potrząsamy chwilę patelnią i wykładamy makaron na talerze. Możemy ewentualnie oprószyć danie parmezanem.

„Wrzask” (1978) i udziec jagnięcy w świeżych ziołach

Młoda kobieta wbiega do szpitala. – Gdzie on jest? – pyta pierwszą napotkana pielęgniarkę. – W jadalni.
Powoli wchodzi do wskazanego pomieszczenia. Na trzech stołach leżą trzy ciała, każde z nich przykryte białym prześcieradłem. Kobieta z namaszczeniem odsłania twarze nieboszczyków, jedną po drugiej. Trzecia i ostatnia twarz, to ta którą spodziewała się ujrzeć. Szybkie cięcie.

Tą sceną zaczyna się i kończy „Wrzask” z 1978 roku. Pętla nie jest jedynym trikiem narracyjnym zastosowanym przez reżysera owego filmu – Jerzego Skolimowskiego. Chwilę później orientuję się bowiem, że mam do czynienia z historią wewnątrz historii – będę słuchaczem osobliwej gawędy, której treść jest integralną częścią całego obrazu. Owa gawęda nie jest li tylko przypowiastką, bajką opowiadaną dla zabicia czasu. Jest filozofią i natchnieniem człowieka arcyciekawego – Charlesa Crossleya – szarmanckiego inteligenta, mrocznego geniusza, zagadkowego mistyka i… rezydenta domu dla obłąkanych.

plakat

Skolimowki wykorzystuje we „Wrzasku” jeszcze jeden fabularny zabieg do którego mam słabość. Pamiętam go m.in. z takich przezacnych obrazów, jak „Funny Games” czy „Nędzne psy”. Na potrzeby filmowego dyskursu można by nazwać go „obcym w świątyni” lub „wrogiem u bram”. To charakterystyczny i kryjący w sobie często spore pokłady symboliki, sposób budowania napięcia – do domu głównych bohaterów scenarzysta wpuszcza „Obcego” – kogoś niepokojącego, niezbadanego i co gorsza, bez przerwy przesuwającego granice intymności. Obcy powoli narusza panujące w domu normy i układy, żeby finalnie zburzyć metafizyczne poczucie bezpieczeństwa, które zapewnia bohaterom pozorna nienaruszalność domowego zacisza. Bez owego poczucia bezpieczeństwa widz razem z „ofiarą” staje przed oprawcą bezbronny i wyczekujący na to co gotuje mu niespodziewany gość. A zazwyczaj nie są to rzeczy sympatyczne.

Tym razem Obcy szykuje swojemu gospodarzowi prawdziwie korzenne danie. W jego opowieściach prym wiodą metafizyczne historie rodem z serca dzikiej Australii – o aborygeńskich szamanach i ich sposobach na pozbywanie się wrogów i zdobywanie kobiet. Jednak Obcy przybywa przede wszystkim z jednego powodu – czuje nieodparta potrzebę podzielenia się swoją niezwykłą umiejętnością wydawania z siebie destrukcyjnego wrzasku…

Dlaczego wybrał akurat ten dom? Zwabiła go kobieta czy mężczyzna? Piękna istota, która w codziennym kieracie zgubiła wrodzone pragnienie bycia zdobywaną? Czy facet, który w codziennym kieracie zgubił siłę i wolę walki? Czy Charles Crossley istnieje naprawdę, czy jest tylko symbolem dramatycznego punktu zwrotnego, załamania monotonnego rytmu życia spokojnej pary?

Już na poziomie prostej opowiastki historia jest całkiem ciekawa. Wnikliwi mogą jednak znaleźć w niej wiele więcej. Ta kilkupoziomowa opowieść kryje w sobie sporo niejednoznacznych łamigłówek, kilka nienachalnych symboli i garść pytań o ludzką kondycję i wiarę. Ostatnią przyprawą, decydującą o jej tajemniczym, kuszącym smaku, jest szczypta pociągającej metafizyki rodem z głębokich otchłani szamańskich rytuałów.

Co do jedzenia?

Pozwólcie, że zaprezentuję wam dwa kadry:

kadr

kadr2

UDZIEC JAGNIĘCY W ŚWIEŻYCH ZIOŁACH

SKŁADNIKI:

– Udziec jagnięcy bez kości – ok. 1 kg. (Jeżeli mamy udziec z kością, potrzebujemy ok. 1,5 kilogramowego kawałka. Nacinamy go wzdłuż kości i odcinając łączące ją tkanki, wyjmujemy kość z wnętrza mięsa. Kość możemy zamrozić i wykorzystać później do zrobienia bulionu)
– ok. 5 łyżek pikantnej oliwy (aromatyzowanej chilli)
– grubo siekane świeże zioła (ja użyłam oregano, bazylii i szałwii)
– sól i pieprz

szama

WYKONANIE:

Udziec nacieramy solą i pieprzem, Wkładamy do naczynia z oliwą, wrzucamy tam siekane zioła i mieszamy wszystko, aby mięso dobrze obkleiło się przyprawami. Odstawiamy na kilka godzin lub nawet na całą noc.

„Obieramy” udziec z poprzyklejanych ziół, które następnie wkładamy do wnętrza miejsca (przestrzeń, która została po wyjęciu kości). Obwiązujemy udziec sznurkiem lub nitką, aby tworzył zwarty kawałek, a nadzienie nie wysypywało się ze środka. Pieczemy odwrócony tak, aby strona pokryta słoniną była u góry góry, ok 1 – 1,5 h w temperaturze 225°C. Po wyłączeniu piekarnika, trzymamy w cieple przez 15 minut. Kroimy w plastry i podajemy.

szama2

Inspirowane przepisem Tadeusza Pióro z magazynu „Kuchnia”.

„Bullet Ballet” i wołowe kule nadziewane serem w sosie szałwiowym

Japończycy wydają się być wyjątkowo biegli w temacie odbierania sobie życia. Setki lat temu rozpłatanie sobie brzucha świadczyło o przynależności do wyższej kasty i skłonności do honorowego rozwiązywania konfliktów. Dzisiaj dążenie do autodestrukcji stało się okazją do zawarcia znajomości czy odnalezienia przynależności innej niż łono macierzystej korporacji.

Zdawałoby się, że żaden naród nie potrafi manifestować powszechnego pragnienia śmierci w tak poetycki i wyrafinowany sposób. Realia „Bullet Ballet” rozmiłowane są w takiej właśnie autodestrukcji – radykalnej, lecz dalekiej od epatowania, subtelnej, lecz nieulękłej, osadzonej w szerokim kontekście, ale ukazanej w mikroskali.

bullet

Wydaje mi się, że bogactwo tego skromnego skądinąd obrazu ma swoje źródło w konkretnym miejscu: w sercu i duszy człowieka o nazwisku Tsukamoto. Liczba pełnionych przez niego funkcji w procesie tworzenia owego filmu, na pierwszy rzut oka wskazywałyby na to, iż jest japońską wersją Ojca Pio i posiada umiejętność bilokacji. Oprócz napisania scenariusza i reżyserii, Tsukamoto pełnił funkcję operatora, scenografa i montażysty. Oprócz tego, bagatela, Shinya Tsukamoto zagrał w „Bullet Ballet” główną rolę.

Okoliczności w których poznajemy jego bohatera nie są szeroko zarysowanym tłem à la amerykańskie obyczajówki. Musi wystarczyć nam garstka zdawkowych informacji, w tym jedna najważniejsza: dziewczyna granego przez Tsukamoto Gody popełniła samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Razem z nim ruszamy więc w objęcia miasta. Nasz cel – znaleźć pistolet. Ten konkretny. Co będziemy z nim dalej robić? Tego jeszcze nie wiemy. Goda chce najpierw poczuć w dłoni metal. Może to po prostu jego zimna bliskość wywołała w dziewczynie pragnienie śmierci? W miarę zaawansowania poszukiwań przychodzą nam jednak do głowy dodatkowe tropy…

W imię czego warto zaryzykować życie? Być może w imię rozsmakowania się w jego najbardziej soczystej odsłonie? Smak życia bez wątpienia nabiera zupełnie innego wymiaru, kiedy w żyłach płyną twarde narkotyki. O tym wiedzą dobrze gładko uczesani panowie w skórzanych kurtkach. Pech chce, że to właśnie oni dysponują pożądaną przez Godę bronią.Wraz z ich szajką szlaja się otulona zimnymi mackami miasta i własnych myśli Dziewczyna. Ona też chce mocniej smakować życia. A może raczej: rozpaczliwie chce go spróbować. Pech chce, że jesj uroda jest magnetyzująca…

Monochromatyczna i wysmakowana plastyczna strona filmu romansuje z cyberpunkiem i otula seans w hipnotyzującą nieoczywistość. Okoliczności, akcesoria, postaci i wybornie skonstruowany szybki montaż wskazują na to, że mamy do czynienia z filmem sensacyjnym. Do rozwiązania jakiej zagadki prowadzą nas zatem te sensacje? Do odpowiedzi na pytanie, czy warto żyć? A może próbują sprawić, że to my – widzowie, poczujemy przez chwilę „coś więcej”? Nieprzeciętna to rozrywka, w rzeczy samej… za to jaka smakowita.

Co do jedzenia?

Kule, jak w tytule.

kule

Wołowe kule nadziewane serem w sosie szałwiowym

Składniki:

750 g zmielonej wołowiny,
120 g bułki tartej,
60 ml mleka,
1-2 jajka,
pół pęczka posiekanej natki pietruszki,
sól i świeżo mielony pieprz,
150-180 g sera fontina pokrojonego w kostkę (lub innego, dosyć miękkiego, o łagodnym smaku),
mąka do obtoczenia,
30-40 g masła,
1 gałązka szałwii,
125-175 ml białego wina.

Wykonanie:

W dużej misce wymieszaj bułkę tartą z mlekiem.
Dodaj mięso, jajka, natkę, dopraw solą i pieprzem. Wymieszaj dokładnie
Formuj kulki rękami zwilżanymi zimną wodą, wkładając do środka kawałek sera.
Obtaczaj kulki w mące, otrząsając jej nadmiar.
Rozpuść masło na dużej patelni. Włóż gałązkę szałwii i mięsne kulki, smaż około 5 minut, aby zbrązowiały z każdej strony.
Wlej wino, poczekaj chwilkę aż lekko odparuje, przykryj i gotuj 20 minut.
Podawaj z rozmaitymi dodatkami, polane sosem z patelni. Możesz udekorować je świeżymi listkami szałwii.

gotowe kule

Inspirowane przepisem z książki „Nowa kuchnia włoska. Przystawki”.