Kanały:
Wpisy
Komentarze

Przedmowa: Kocham Hanekego, cenie Dumonta, a kino europejskie jest tym, które oglądam najchętniej, lecz…

W czasie, gdy w Europie powstają filmy w większości traktujące o psychologicznych następstwach zachłannych emocjonalnie matek i kulturoznawczej analizie szatana, w Afryce, pewien pan robi filmy o życiu. I o ludziach.
Trochę niepokoiłam się o dalsze losy mojego wieczoru, kiedy po raz pierwszy wrzuciłam do odtwarzacza płytę z dwoma średnimi metrażami zupełnie mi nieznanego afrykańskiego reżysera. Moje obawy okazały się przedwczesne. Już po pierwszych minutach „la petite vendeuse de soleil” (w wolnym tłumaczeniu – mała sprzedawczyni słońca ), zrozumiałam, że mam do czynienia z pełnoprawnym twórcą. Djibril Diop Mambéty operuje obrazem montażem i dźwiękiem w sposób absolutnie świadomy i przemyślany a jakość owych filmowych elementów zupełnie nie ustępuje dziełom z tak zwanych krajów wyżej rozwiniętych.
Te porównania nie są bezpodstawne. Do dziś wspominam piorunujące wrażenie zażenowania, towarzyszące mi przy oglądaniu twórczości rozmaitych reżyserów kina tureckiego, z którą to twórczością, miałam wątpliwą przyjemność zapoznania się podczas przeglądu filmów z tego kraju dwa lata temu podczas Nowych Horyzontów. I tu bardzo niepoprawnie, przyznać muszę, że Turcy są dziesięć lat za murzynami.
Nie tylko filmowa tkanka obrazu i dźwięku wydała mi się w pełni zadowalająca. Obie historie, każda opowiedziana w ciągu zaledwie czterdziestu minut, niosą ze sobą nie tylko spora dawkę poruszających ludzkich emocji. Każda z nich zawiera ładunek prostej, lecz nie prostackiej, czytelnej i niejednowymiarowej symboliki. Opowieść o dziewczynce sprzedającej na ulicy “słońce” (czyli afrykańską gazetę codzienną – tutaj kolejna dwuznaczność) została pięknie podsumowana przez reżysera w materiałach dodatkowych. O swojej bohaterce mówi on: “jest kulawa, jest kobietą i nie jest złośliwa”. Dla mnie ta wypowiedź niesie ze sobą bardzo wyraźne i piękne w swojej prostocie skojarzenie… Ale historię małej sprzedawczyni można “ugryźć” też w całkowicie ludzki sposób. I pomocy autora w tej interpretacji również nie brakuje. Mała ma swoje problemy, przyjaciół i charakter.

Z kolei film “Franc” jawi się jako baśń, czy przypowieść. Mamy w niej nieudacznika – marzyciela, jego ułomnego pomocnika – narratora i przełomowe, wystawiające na próbę, okoliczności. Tak jak w poprzedniej średniometrażówce, poznajemy ludzi spędzających swoje dni na ulicy. Handlarze, starsze kobiety, których zajęciem jest głównie śpiewanie i wszyscy inni członkowie Senegalskiej społeczności, którzy zmierzają ulicami miasta (tak, tak, miasta. Takiego z wieżowcami. Nie sawanny z lwami) aby co dzień załatwiać swoje drobne i duże sprawy. Jednak głównym bohaterem obu historii jest nie co innego, jak pieniądze. Główny bohater – Marigo – nie ma ich pod dostatkiem, więc bierze los w swoje ręce. Jego kumpel karzeł jest mistrzem opowieści – sprzedaje mu los na loterię i pokazuje, czym grozi podjęcie wyzwania od losu. Ostrzega, zachęca, przepowiada przyszłość. Prawdziwy narrator tzw. wszechwiedzący. Franc niesie na plecach swój los z poświęceniem i beztroską. W kraju o którym, jak się okazuje, niby wiemy dużo, a ciągle bardzo mało.

Dlaczego taka wyżerka?
We „Franc-u”, na targu, siedzi sobie pani smażącą ryby. Ona co prawda wrzuca je na rozgrzany tłuszcz w całości. Ale my jesteśmy w europie i kupujemy w supermarketach ryby filetowane. I też wrzucamy je na tłuszcz. Byle nie za głęboki! W końcu nie chcemy być grubi. U nas nie jest to bynajmniej świadectwem społecznego statusu.

POMARAŃCZOWY ŁOSOŚ:

SKŁADNIKI:

ok. 700 g. filetu z łososia
¾ szklanki soku wyciśniętego z pomarańczy
¼ szklanka sosu Teriyaki
1 łyżka octu balsamicznego
2 łyżki oliwy
2 spore ząbki czosnku
1 łyżka rozmarynu

WYKONANIE:

Łososia pokrój na porcje, odłóż. Z reszty składników zrób marynatę: wymieszaj je w misce, włóż tam łososia. Przykryj i odłóż na co najmniej godzinę. Może być nawet cała noc.
W wersji light – upiecz łososie w piekarniku, a marynatę gotuj tak długo, aż osiągnie zadawalającą cię konsystencję sosu. W wersji szybszej – podsmaż łososia z dwóch stron na małej ilości tłuszczu, dolej marynatę i gotuj chwilę, aby zgęstniała.

Po wszystkich seansach, które Król Gutek zaserwował mi podczas Nowych Horyzontów Tournée, wiedziałam, że nie obejdzie się bez posta. Prawie każdy z filmów, które widziałam na Horyzontowej powtórce zasługiwał na czołobitną recenzję. Myśląc o tym który będzie pierwszy, zorientowałam się, że nastąpiła sytuacja znamienna. Jeszcze nigdy na Udław Się nie pisałam o jakimkolwiek polskim filmie. Przyszedł najwyższy na to czas, bo seans „Z daleka widok jest piękny” zrobił na mnie ogromne wrażenie.
To zaskakujące, że nie podchodząc ignorancko do naszej narodowej kinematografii, dopiero film wyreżyserowany przez malarza, pozwolił mi zagłębić się w historię z absolutnym zaangażowaniem. Stało się to, na co mam nadzieję za każdym razem, kiedy wchodzę na kinową salę. Zostałam zaczarowana. Przedstawiony świat jest naprawdę żywy i „mięsisty” (patrz przepis poniżej). „Z daleka..” daje świadectwo tego, że aby fabuła posuwała się na przód, nie była nużąca ani nazbyt wykoncypowana, wcale nie trzeba każdej sceny wypełniać pustą tkanką dialogów. W filmie Sasnalów dialogi pojawiają się sporadycznie i w postaci szczątkowej, ale gdy któryś z nich tylko „mignie” na ekranie, jawi się jako dowcipny komentarz, symboliczne podsumowanie, pikantna przyprawa przedstawionego świata, lub wszystkie te zjawiska w jednym.
Nie sposób nie pochylić się nad wizualną stroną „Z daleka..”. Niby to banalne, w końcu operator (i reżyser w jednym) jest jednym z najlepszych malarzy w Polsce. To płótno jest zazwyczaj jego polem do popisu, jednak Sasnalowe wyczyny na filmowej taśmie ani o krok nie ustępują jego malarskim wizjom. Codzienne sytuacje nie raz były w kinie przedstawiane pięknie, starannie lub spostrzegawczo. Sasnal idzie o krok dalej. Jego filmowe obrazy oprócz niewątpliwej urody niosą za sobą trudną do opisania, metafizyczną, nową jakość. W namacalny sposób obcowałam z tym co tajemniczo nazywamy „talentem”.
Pomimo niewątpliwej fabularnej mocy tej z pozoru banalnej historii, twórcom udało się ominąć liczne mielizny pretensjonalności. Nawet stricte formalna scena (która, nota bene, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a którą na potrzeby tego tekstu mogę nazwać „matką krzyczącą w oknie”) została w fabułę wpleciona tak trafnie i inteligentnie, że zamiast tandetną symboliką, można nazwać ją równoważnikiem, komentarzem lub znakiem.
Symboliki jednak, w filmie Sasnalów na pewno nie brakuje. Cała ta przypowieść może szczycić się mianem symbolu. Czy to niezniszczalnych murów wbetonowanych głęboko między tych, którzy powinni być najbliżej. Czy ciemnej strony – bezbłędnej i szczerej – natury jaka odbija się w nas, ludziach małych i pełnych ułomności. Jednak interpretacji narzucać nie lubię.
Zastanawiam się tylko, czy istnieje niezawodny sposób na pozbycie się kompleksów – tych wrednych diabełków, które z najlepszych intencji i pełnego zaangażowania przewrotnie potrafią wyłuskać liche skutki pracy polskich twórców.
Tym sposobem może na pewno być duża wystawa w londyńskim Witechapel. Myślę, że tych sposobów jest jednak dużo więcej. I każdemu twórczemu rodakowi (jak i sobie również) znalezienia takiego sposobu życzę.

Dlaczego kurczak z bakaliami i rosół?

Bo jest w filmie scena, gdzie ojciec, czyli głowa rodziny, zajada się kurczakiem, obgryzając kosteczki ze wszelkich chrząstek i mięsnych pozostałości. Tego bakaliowego też można tak obgryźć. A rosół jest dopełnieniem klasycznego niedzielnego obiadu i sposobem na wykorzystanbie resztek, które z owego kurczaka, po sprawieniu, pozostały.

KURCZAK Z BAKALIAMI:

SKŁADNIKI:
1 kurczak (nie ukrywam, że te ekologiczne nie mają sobie równych, a wcale nie są dużo droższe)
po 8 suszonych śliwek, daktyli i obranych migdałów (lub, ostatecznie, innych orzechów, np. ziemnych)
3-5 suszonych fig
5-8 dag rodzynek
1 duża cebula
przyprawy: szafran (namoczony w małej ilości wrzątku), mielony cynamon, sól i pieprz
50g. Masła lub 2-3 łyżki oliwy

WYKONANIE:
Spraw kuraka, weź z niego udka, piersi i skrzydełka, resztę przeznacz na rosół

Umyj suszone owoce i zalej gorącą wodą, pozostaw do napęcznienia.


Posiekaj cebulę i zeszklij na maśle lub oliwie, dodaj kurczaka i przyprawy. Wlej trochę wody i duś ok. 45 min. Dodaj namoczone owoce wraz z wodą w której się moczyły.
Duś razem ok 30 min. Upraż krótko orzechy na suchej patelni, posyp nimi kurczaka tuż przed podaniem.

ROSÓŁ:

SKŁADNIKI:

resztki z kurczaka ( powinno ich być ok. 400-600 g.)
150-200g. Cebuli
200g. Marchewki
100g. Selera
mały por
1-2 ząbki czosnku
pół pęczka natki
2 liście laurowe
4-5 ziaren ziela angielskiego
4-5 goździków
1 łyżeczka ziół prowansalskich
sól i pieprz

Mięso płuczemy, zalewamy w garnku 1-1,5 l. Zimnej wody, solimy i gotujemy 45min do 1h. Bez przykrycia na bardzo małym ogniu.
Obraną i przekrojoną na pół cebulę przypiekamy na suchej patelni. Pozostałe warzywa płuczemy, obieramy i dzielimy na dość duże kawałki. Wszystkie warzywa i czosnek dodajemy do rosołu z przyprawami i ziołami. Gotujemy pół godziny. Przed podaniem dodajemy natkę.

Przenosząc filmowe realia w przyszłość, duet scenarzysta-reżyser zdecydowanie komplikuje sobie pracę nad ogarnięciem tła dla fabuły. Należy przedstawiony świat wytłumaczyć, choć trochę. Zastanowić się, co się zmieniło. Przeprowadzić poważną rozmowę ze scenografem i panem technikiem od rur metalowych i kosmicznych pojazdów. A może nie trzeba? Może przyszłość jest właśnie taryfą ulgową dla twórców? Może reżyser – Benedek Fliegauf, w swojej skromności, stwierdził, że nie chce ścigać się już z mistrzami obyczajowego realizmu pokroju Bergmana i Antonioniego. Stworzył dla swojej psychologicznej koncepcji warunki laboratoryjne.
Gdzieś i kiedyś zachodzi taka możliwość, że Pani urodzi sobie sama swojego wymarzonego mężczyznę. Nie syna. Mężczyznę. Po co i dlaczego, z filmu się nie dowiemy. Razem z Fliegaufem pochylimy się za to nad samy procesem dzieciństwa i dorastania. Zaskakująco podobnym do procesów zachodzących często tu i teraz. Bez pomocy Millenium Falcona.
Temat wałkowany w kinie niejednokrotnie, w „Łonie” wymaga pewnego przeniesienia uwagi. Coś co z początku może wydawać się fantastyczną historyjką, z czasem, idąc dzięki swojemu entourage’owi drogą na skróty, dociera do jądra toksycznych uczuć matki. A zarzut wobec braku logiki postaci jest trudny do obronienia. W końcu co możemy wiedzieć o uczuciach kobiety z klonem w brzuchu?
Teoria może wydać się zbyt wykoncypowana, jednak Fliegauf ma w rękawie dwa asy, które w moich oczach pozwoliły mu z tej rozgrywki wyjść z tarczą. Pierwszym z nich jest Eva Green – od początku skupiająca uwagę. Jej wzrok jest studnią pewnej niezbadanej intensywności, tak ważnej dla oka kamery. Pomimo drogi wyjątkowo minimalistycznej i skromnej, sączy sukcesywnie coraz bardziej toksyczne uczucia. Jej poświęcenie, zazdrość i strach są w samym graniu wycofane, lecz obecne. Trudno je „przyłapać”, nie sposób ich nie odczuć. Jedyną osobą, która mogłaby wdrapać się głębiej, wydaje mi się Isabelle Huppert. A może po prostu szukam dla „Pianistki” pola zemsty?
Drugim asem w rękawie jest precyzyjna operatorka. Symetryczna konstrukcja kadrów, miękkie, sterylne światło, sprawiły, że atmosfera filmu w pewien trudno identyfikowalny sposób korespondowała ze stylistyką filmów sci-fi. Jedynym zarzutem jest wybór odtwórcy roli syna-mężczyzny. No cóż, do skromnego grania należy dorosnąć…

Dlaczego Buraczana potrawka w sosie jogurtowym po hindusku?

Jak myślicie, jak wygląda wnętrze łona?
Bo ja myślę, że właśnie tak, jak to danie. Huhuhu, krwawe żarty.

Ta potrawka może stanowić danie samo w sobie, lub dodatek np. do mięsa

BURAKI I ZIEMNIAKI W SOSIE JOGURTOWYM PO HINDUSKU

SKŁADNIKI:
Pół kilograma buraków
3-4 ziemniaki
4 łyżki masła
2 łyżeczki kuminu
1 pokruszone suszone chilli
1 łyżeczka kurkumy
2 łyżeczki mielonej kolendry
½ łyżeczka asafetydy
4 łyżki wody
1ipół łyżeczki soli
250 ml jogurtu
1 łyżeczka garam masala
WYKONANIE:
Na rozgrzanym tłuszczu smaż kminek i chilli przez ok. pół minuty. Dodaj przyprawy w proszku, wymieszaj w tłuszczu i wrzuć pokrojone w kostkę ziemniaki. Pozwól im lekko zbrązowieć przez ok. 2 minuty, często mieszając. Dodaj pokrojone w kostkę buraki. Dolej wodę z solą i przykryj, żeby zatrzymać parę. Gotuj ok. 15 minut od czasu do czasu delikatnie mieszając, aż warzywa będą miękkie, lecz nie rozgotowane. Zmniejsz ogień, dolej jogurt i mieszaj tak długo, aż sos zgęstnieje. Przypraw garam masalą i wymieszaj.

UWAGA!
Danie bonusowe, również buraczane. Zdjęcia nie ma, bo wyżarłam wszystko, zanim przypomniałam sobie, że trzeba pstryknąć fotkę.

SAŁATKA Z BURAKÓW Z BIAŁYM SEREM, KMINKIEM I MIĘTĄ

SKŁADNIKI:

5-6 buraków
150-200 g. białego sera
1 łyżeczka nasion kminku
duża szczypta soli (najlepiej grubej, morskiej)
ok. 10 listków mięty
skórka otarta i sok z połowy małej cytryny
oliwa z oliwek (wedle upodobań)

WYKONANIE:

Buraki pieczemy 60-90 minut w piekarniku rozgrzanym do 180°C, kiedy przestygną, obieramy je ze skóry i kroimy w kostkę. Kminek z solą tłuczemy w moździerzu i mieszamy z burakami i pokruszonym serem. Mieszamy sok i skórkę z cytryny z oliwą i polewamy sałatkę.

Jest takie miejsce, w którym spełniają się marzenia. Są tacy ludzie, którzy ryzykują życie, żeby dowiedzieć się, czy potrafią w ogóle marzyć. Jest taki świat, w którym posiadanie marzeń wydaje się być rzeczą co najmniej dziwną. To świat stworzony przez Tarkowskiego.
Tytułowy stalker musi żyć w tym wybarwionym świecie a jego zawód jest jedyną odskocznią, lekarstwem na czarno-żółtą rzeczywistość. Jest przewodnikiem marzeń, prowadzi tam, gdzie rzeczywistość nabiera kolorów. O czym tak naprawdę jest film? Jakie marzenia Wy chcielibyście spełnić? Czy spełnienie marzeń równa się szczęściu? Czy spełnianie marzeń innym może nas samych ich pozbawić? To fragment listy bardzo banalnych pytań, które docierały do mnie po seansie. Być może wasze będą brzmiały inaczej? A może nie będziecie chcieli zadawać żadnych pytań? Być może energia „Stalkera” jest pytaniem i odpowiedzią w jednym? Brzmi chaotycznie? Wybaczcie, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Szczególnie, kiedy docieramy do rosyjskich klasyków. A „Stalkera” klasykiem można bez wyrzutów sumienia nazywać.
Teraz już wiem skąd Zwiagincew, (a za nim rzesza innych) pożyczył sobie te krzykliwie odrapane ściany. Wiem też skąd czerpał Fincher robiąć trzeciego obcego. Myślę, że lista zainspirowanych była by bardzo długa. Myślę, że liczba oczarowanych i zafascynowanych byłaby zdecydowanie dłuższa.
Tarkowski bezbłędnie wykorzystuje znane ze swoich filmów zabiegi. Jego filozoficzno-symboliczne dialogi ciągną się niczym smoła. Przepiękne lokacje w których albo brudna industrialność, albo wszechogarniająca natura biorą górę nad małym ludzkim życiem. Operatorski kunszt, którego skromne piękno można podziwiać w odjazdach/dojazdach kamery tak wolnych, że ludzkiemu oku trudno je uchwycić. Aktorska gra, zamknięta wewnątrz, nieekspansywna i w swojej prostocie przepiękna. To świadczy o mistrzostwie, jednak seansu ” Stalkera” nie zaliczyłabym do zbioru rozrywkowych, nie jest wartki ani oczywisty.
Dla mnie to całkiem przekonywująca rekomendacja dla wrzucenia go do odtwarzacza DVD.

Dlaczego kokosowa wołowina?
Coś co bardzo kojarzy mi się ze Stalkerem to błoto. Bohaterowie taplająsię w nim często i chętnie
A teraz popatrzcie na fotkę. Czy konsystencja i kolor wam się z błotem nie kojarzą?
Obiecuję, że TYLKO konsystencja i kolor będą mogły wam się z nim skojarzyć.

Poza tym film niełatwy, więc przepis także. Kolekcjonowanie wszystkich tych składników zajęło mi dłuższą chwilę. Wykonanie to już prawdziwa bułka z masłem…

Najpierw trzeba zrobić przyprawę curry, ale na pewno w przyszłości może przydać się jako uniwersalna przyprawa Sri Lańska (bo ze Sri Lanki pochodzi to danie).

SKŁADNIKI CURRY:
½ szklanki mielonej kolendry
¼ szklanki kuminu
1/3 łyżki kopru włoskiego
Po jednej łyżeczce nasion kozieradki, goździków i kardamonu (jeśli masz cały, należy wyjąć tylko ciemne wnętrza nasion)
łyżka suszonych listków curry
łyżeczka chilli w proszku
łyżka mąki ryżowej (może być też ziemniaczana)

SKŁADNIKI DANIA:
750g. wołowiny
1 Posiekana cebula
3 posiekane ząbki czosnku
1 łyżeczka posiekanego imbiru
1 łyżeczka cynamonu
5 listków curry
½ łodygi trawy cytrynowej (lub łyżeczka suszonej)
3 łyżki curry (tego z przepisu powyżej)
½ łyżeczki nasion kozieradki
100 ml. Octu winnego
1-2 łyżeczki pasty tamaryndowej (im więcej tym kwaśniej)
2 szklanki mleka kokosowego
1 łyżeczka kurkumy

PRZYGOTOWANIE CURRY:
Upraż na suchej patelni kolejno (nie razem!) kolendrę, kumin, koper i kozieradkę. Zmiel w blenderze z cynamonem, goździkami i kardamonem, dodaj chilli i mąkę.

PRZYGOTOWANIE DANIA:
Wszystkie składniki włóż do garnka i gotuj pod przykryciem ok. godziny, aż mięso będzie całkiem miękkie. 15 minut przed końcem gotowania zdejmij pokrywę i odparowuj tak długo aż sos nabierze odpowiedniej dla Ciebie konsystencji.

Film nazywa się „Straszne skutki awarii telewizora”, co nie pozostaje bez związku z fabuła. Do mnie jednak zdecydowanie mocniej przemawia tytuł oryginału (który, nota bene, mógłby być równie trafnie zinterpretowany zarówno przez Czechów, jak i Polaków, więc jak zwykle dystrybutor wykazał się nadgorliwą kreatywnością) „Ecce Homo Homolka”. Homolka to nazwisko rodziny, której tzw. tkanka, w postaci babci, dziadka, taty, mamy i dwójki dzieci, jest głównym bohaterem filmowej opowieści. Posuwając się dalej w interpretacji tytułu natykam się na słowo Człowiek. I jest to słowo kluczowe dla całej czeskiej kinematografii. „Ecce Homo Homolka”, jako klasyczny przedstawiciel tejże, jest znakomitym przykładem na to, że czescy twórcy z najbardziej zawiłych ludzkich problemów, potrafią wycisnąć humor i ciepło, do ostatniej kropelki. Lubią Człowieka, więc pomimo całej goryczy przelewającej się w jego życiu wiadrami, widzą go w jasnych kolorach i nigdy nie skazują na potępienie.
Homolkom także, bardzo daleko jest do bycia rodziną idealną. Pokrótce: Dziadek na zmianę przysypia i popija piwko (a jakże), a Babcia niezłomnie i intensywnie, histerycznie wręcz walczy w domu o pozycję „najważniejszej”. Najmłodszymi przedstawicielami rodu Homolków jest dwójka uroczych, lecz niestety nieściszalnych, chłopaków – bliźniaków. Pośrodku jest Homolkowy syn i jego żona – była tancerka, która podczas codziennych domowych potyczek z życiem zgubiła gdzieś radość i rześkość, znalazła za to około 50 kilogramów żywej wagi.
Nieodłączną częścią tej Homo Homolkowej społeczności jest religijność – prosta i przyziemna. Jej waga jest przez Papouska podkreślana na każdym kroku. Sfilmowana, w kilku mniej lub bardziej symbolicznych scenach, z mistrzowsko wyważoną mieszaniną ironii i zrozumienia. Krzyż wiszący na ścianie jest obiektem zainteresowania nie tylko dorosłych („prosto wisi? No zobacz, krzywo wisi”) ale także dzieci („Ale po co on właściwie wisi?”). Nie tylko krzyż, ale też obraz Maryi z dzieciątkiem jest godny uwagi. Dla babci Homolkowej jest nawet godnym uczestnikiem rozmowy („Nie martw się, twojego syna też zabiją. Wisi u nas w kuchni”).
To właśnie rozmowy są kwintesencją reżyserskiego stylu i jedyną właściwie siłą, która pcha fabułę naprzód. Już za dialogi Jaroslavovi Papousekowi należy się Oscar. Ich ulotność i codzienno – żmudna prawda to majstersztyk. W połączeniu z kilkoma szczyptami absurdu, pięknym, naturalnym prowadzeniem aktorów i wielką porcją sympatii w stosunku do swoich bohaterów, Papousek wygrywa u mnie Wielką Nagrodę Wszystkiego. Co za tym idzie, staje na mojej półce jako godny reprezentant klasyki, pełen tego co najpiękniejsze w czeskim kinie. W końcu sam senior rodu Homolków pod koniec filmu oznajmia, że „państwo, to my”. Ich państwo, w mojej kolekcji DVD to niezaprzeczalnie oni.

Co do jedzenia?
Homolkowie kochają pikniki. Przypomnijcie sobie skromny i szczery monolg dziadka na temat piękna natury. Przypomnijcie sobie jak głośno trzeba było krzyczeć, żeby wygnać Homolków z ukochanego natury łona i kocyka rozłożonego na trawie. Do jedzenia sałatka z indykiem i sezamem – Bez problemu można zabrać ją na piknik, a z ilości składników podanej poniżej, można zrobić michę, którą nasycą się wszyscy Homolkowie.
No dobra… Mało głodni Homolkowie.

SAŁATKA Z INDYKIEM I SEZAMEM
SKŁADNIKI SAŁATKI:
750g. Filetu z indyka (lub piersi kurczaka)
1 szklanka białego wina
1 łyżka masła
3 łyżki sezamu
1 seler naciowy
1 pęczek rzodkiewek
1 pęczek szczypiorku
sól i pieprz
SKŁADNIKI SOSU:
1 czubata łyżeczka musztardy Dijon
1 czubata łyżeczka miodu
sok z ½ cytryny
1/3 szklanki oliwy z oliwek
sól i pieprz

PRZYGOTOWANIE:
Indyka dusimy w maśle i winie na średnim ogniu, pod przykryciem przez 20 minut. Doprawiamy do smaku. Odstawiamy do ostygnięcia, po czym kroimy na cienkie paski lu w kostkę.
Ziarna sezamu prażymy na suchej patelni.
Łodygi selera i rzodkiewki kroimy w drobną kostkę, siekamy szczypiorek.
Przygotowujemy sos: Mieszamy miód, musztardę, sól, pieprz i sok z cytryny, powoli, mieszając dokładnie, dolewamy oliwę. Łączymy składniki sałatki, a tuż przed podaniem (lub jeśli wybieramy się na piknik, to od razu) polewamy sosem.

Ingemar ma 9, może 10 lat i psa, którego „kocha chyba tak samo jak mamę”. Ma też brata i kumpelę z podwórka. A oprócz tego całkiem sporo problemów z którymi naprawdę dziarsko sobie radzi. No bo czy nie denerwowałoby was gdybyście, zupełnie bez powodu, nie potrafili napić się mleka ze szklanki? Mnie by na pewno denerwowało. A dzielny Ingemar bierze wszystko na klatę. A okoliczności wyglądają tak, że los uwziął się na niego naprawdę porządnie.
No ale przecież Ingemar jest dzieckiem. To dorosłych takie problemy przerastają.
Cokolwiek się dzieje, zawsze można sobie pomyśleć, że ktoś ma gorzej. Na przykład taka Łajka: wysłana w przestrzeń kosmiczną samotnie, z góry skazana na śmierć. Potworne.
Ingemar jest dzieckiem, i jak prawdziwe dziecko, nie ma kompleksów, pretensji, nie pielęgnuje w sobie złości, lecz pozostaje w stosunku do świata absolutnie szczery i ufny.
Może właśnie dlatego od początku wywołał we mnie niezmierną sympatię. Nie to, że identyfikowałam się z bohaterem. Ja chciałabym mieć jego podejście do życia – nieobciążone… Życiem. Kto wie, może po wszystkich wydarzeniach następujących filmie, Ingemar nie będzie już tym samym chłopcem. Może wszyscy kiedyś tak pięknie stawialiśmy czoła życiu, tylko już w ogóle tego nie pamiętamy?
Dobrze jest przypomnieć sobie kolory dzieciństwa. Problemy błahe, tak samo ważne jak te, które z perspektywy czasu wydają się naprawdę ważne. Ludzi którzy, nie bez potknięć stawali się naszymi przyjaciółmi. Obserwację, badanie, naukę.
Nieprzypadkowo pierwszym skojarzeniem była dla mnie Astrid Lindgren. Akcja filmu ma miejsce w Szwecji, jednym z miast, które odwiedza Ingemar jest Smalandia (ta sama w której mieszkał Lindgrenowski Emil), kolejnym filmem reżysera były „Dzieci z Bullerbyn”.
Może to rzewne, ale kocham wycieczki sentymentalne. Szczególnie te filmowe, w bardzo dobrym wykonaniu, urokliwe, ciepłe i absolutnie bezpretensjonalne. I takie właśnie jest „Moje Pieskie Życie”

A teraz niespodzianka na koniec: Lasse Hallstrom został połknięty przez Hollywood bardzo łakomie. Pewnie widzieliście jego „Czekoladę”. Tak, tak, całkiem dobre, zgrabnie i wartko zgrane na obczyźnie…
I mały apel od autorki: Reżyserze! Zostań w swoim kraju! Do dziś nie znalazłam odwagi, żeby obejrzeć „Blueberry Nights”

Dlaczego muffinki z kremem cytrynowym?
Bo w każdym obudzą głęboko schowane, wewnętrzne dziecko, tak jak zrobiły to z F.
Możecie mi wierzyć, lub nie, ale potrzebował on równo 1 doby, żeby zjeść CAŁĄ blachę tych muffinek. Brakowało tylko tego żeby wylizał talerz (czego akurat nie potępiam i w domowych pieleszach często praktykuję).
Aha… No i dzieci nie przejmują się kaloriami. Tą strategię należy przyjąć niezwłocznie, jeszcze zanim ciepłe babeczki wyskoczą z pieca.

SKŁADNIKI CIASTA:
100g. masła
1 szklanka mąki
1 szklanka cukru
3 jajka
Po 1 łyżeczce: cynamonu, proszku do pieczenia i esencji waniliowej

SKŁADNIKI KREMU:
Sok i skórka otarta z jednej cytryny
50-75 g. masła
100-150 g. cukru pudru
(Ilość masła i cukru zależy od wielkości i soczystości cytryny – jeśli krem będzie zbyt rzadki, dodajemy odrobinę więcej tych składników. Należy też pamiętać, że po miksowaniu masa jeszcze trochę stężeje)

WYKONANIE KREMU:
Zmiksuj wszystkie składniki w blenderze na gładziutką masę, odstaw do stężenia

WYKONANIE CIASTA:
Masło ucieramy z cukrem i wanilią, wbijamy po jednym jajku, dodając kolejne dopiero wtedy, kiedy poprzednie połączy się z ciastem. Mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, dodajemy do ciasta, mieszamy.
Dołeczki w muffinkowej formie wypełniamy do połowy lub 1/3, pieczemy 20-25 min w piekarniku rozgrzanym do 180°C.
Ostudzone ciastka pokrywamy kremem.

“Away We Go” i faworki

Kiedy twórca z USA bierze na warsztat tematy takie jak prawdziwa, szczera miłość, ciąża, zaangażowanie i poszukiwanie swojego miejsca w świecie, możemy spodziewać się najgorszego. Przed oczami od razu staje mi rzewna historia pełna nadekspresyjnych wynurzeń i pretensjonalnych wyznań. Na koniec nie można spodziewać się niczego innego niż skrojonego w wersji standardowej, happy endu. W „Away We Go” nie znajdziecie ani jednej z wyżej wymienionych atrakcji. Owszem, to film o miłości. Co więcej, to film o miłości szczęśliwej! Jednak nasi bohaterowie to nie standardowa hollywoodzka para wyjęta wprost z żurnala. Przyszła mama, Verona, nie uległa kosmicznej hipnozie, która utrzymuje jej wagę na stałym poziomie od piętnastu lat. Bywa smutna, zła, zagubiona, nieumalowana i wyjątkowo przerażona ilością kilogramów, które pokaże rano jej waga. Z kolei ojciec jej nienarodzonego dziecka to uroczy nieudacznik, ale nie z serii tych slapstickowych, którzy trzy razy dziennie upadają na twarz, ślizgając się na skórce od banana. On po prostu nie do końca to wszystko ogarnia. Bywa w różnych sytuacjach, po prostu bezradny. Razem tworzą nieprzerysowaną parę absolutnie normalnych ludzi, stojących na progu wspólnego życia. I to właśnie o rozmaitych sposobach na owo „wspólne życie” jest „Away We Go”. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi.
Verona i Burt wyruszają w drogę, idąc za banalnym logicznym wnioskiem, że „nic ich tu nie trzyma”. A przecież niepokojąco powiększający się brzuch Verony co chwila przypomina im, że należy różne wspólne sprawy uporządkować przed przyjściem na świat małego, wrażliwego człowieczka. W końcu oprócz lekkiego życiowego zagubienia, nasi bohaterowie mają jednak sporo oleju w głowie.
Dosłowna i symboliczna podróż – poszukiwanie jest sednem całej historii. Historii zaskakująco prawdziwej, wzruszającej i dowcipnej. Właśnie, dowcipnej! Bo to nie jest przecież film dwóch aktorów. Burt i Verona na swojej drodze spotykają i konfrontują się z kilkoma naprawdę ciekawymi postawami. Niektóre z nich są tak przerysowane, że na pierwszy rzut oka mogą wydać się sztuczne i uciekające w hollywoodzką sztampę. To jednak tylko pozory. Postaci drugoplanowe są napisane i zagrane tak inteligentnie i lekko, że już po chwili zaczęłam zdawać sobie sprawę, że owo przegięcie nie jest niczym nieznanym w codziennym życiu. Chciałabym zatrzymać się tutaj przy motywie neohipisowskiej rodziny dbającej o wspólną bliskość. Pani Maggie Gyllenhall, winszuję!
To film z serii tych na których pokładam się ze śmiechu, żeby za chwilę odrobinę zwolnić, chwilkę się zadumać, a na koniec wybuchnąć płaczem. Prawdziwie oczyszczające doświadczenie.
Jeżeli masz kogoś, kogo bardzo lubisz trzymać za rękę, to wspaniale jest potrzymać go/ją za rękę oglądając ten film. No co? Czasem fajnie jest być sentymentalnym!

Czemu faworki?
Bo tego w kształcie serca zawsze można zadedykować osobie którą bardzo lubi się trzymać za rękę :)

SKŁADNIKI:
250 g. mąki, jajko, 2 żółtka, łyżka masłą, 4 łyżki kwaśnej śmietany, łyżka wódki lub spirytusu, łyżka cukru, cukier puder do posypania, olej do smażenia

WYKONANIE:
Do mąki dodać jajko i żółtka, wymieszać. Dodać śmietanę, alkohol, cukier, dobrze wyrobić ciasto. Ciasto wałkować partiami, jak na makaron, kroić paski o szerokości ok. 3 cm i długości 10 cm. Precinać każdy w środku, tak żeby można było przewinąć jeden koniec przez utworzony otwór. Wrzucać pojedynczo na rozgrzany w dużej patelni olej, smażyć sprawnie z obu stron na złoty kolor. Wyjmować łyżką cedzakową na papier, aby odsączyć z nadmiaru tłuszczu. Posypać cukrem pudrem.

Zdecydowanie zbyt często filmy, które mam na komputerze lub DVD roztaczają przede mną wizje absolutnie zepsutego wieczoru. Potyczki z materiałem przesyconym smutkiem, egzystencjalnymi rozterkami i cierpieniem, stawiają swoje wymagania na poziomie, któremu czasem, po prostu nie jestem w stanie i nie chcę sprostać. Przynajmniej nie w tym momencie. Nie dzisiaj.
Wtedy rozpaczliwie przeglądam plik o nazwie „watch” z nadzieją, że nagle, ni stąd ni zowąd, wśród Tarkowskiego, Bergmana i im podobnych pojawi się coś lekkiego, śmiesznego, a przy okazji trzymającego podstawowy poziom intelektualny. W jednej z takich chwil wybawieniem okazali się „Zieloni rzeźnicy”. Ich skandynawskie poczucie humoru wartko i inteligentnie rozprawia się z tematem podejmowanym już, aczkolwiek nie nadmiernie eksploatowanym, w światowym kinie. Jeśli wiecie co łączy „Smażone zielone pomidory”, „Delicatessen” i „Sweeney Todda”, domyślicie się jaki temat mam na myśli.
Pamiętacie „Jabłka Adama”? „Zieloni rzeźnicy” powstali 2 lata wcześniej, jednak już wtedy Anders Thomas Jensen posiadał reżyserski dryg, którym zabłysnął najjaśniej przy okazji premiery „Jabłek”. Poprawność przegrywa u niego w walce z Duńskim chłodem międzyludzkich relacji. Wszyscy bohaterowie Jensena to postaci z którymi naprawdę trudno się zaprzyjaźnić. Dręczeni traumami i kompleksami błądzą w świecie dorosłych, do którego nigdy do końca nie dorośli. Ich śmieszność zawiera się właśnie w owej żałosności w starciu ze światem. Jeden z dwójki głównych bohaterów to skrajnie zakompleksiony twórca kiełbasek i marynat. Genialnie wykreowany przez Maddsa Mikkelsena, Svend swojej zarozumiałości używa jako tarczy przed rzeczywistością, z którą sobie po prostu nie radzi. Nie umie pożegnać się z dziecięcymi kompleksami, które sączą się z jego duszy jak z rozjątrzonej rany; zostaje więc porzucony przez narzeczoną (jedyną chyba, „normalną” postać w filmie). Aby udowodnić całemu światu, że jest coś wart i osiągnąć w swoim rzeźniczym fachu sukces i – co za tym idzie – zdobyć popularność wśród ludzi, potrafi posunąć się do ostateczności, do szaleństwa.
Jego wspólnik jest nie mniej skrzywionym gagatkiem. Młody, zamknięty w sobie chłopak, który od początku ujawnia swoje aspołeczne zaburzenia, żyje jakby za szklaną szybą. W zapuszczonym mieszkaniu składa kostki zwierząt, tworząc z nich kompletne szkielety. Balansując na granicy autyzmu, poznaje jednak dziewczynę. To może być dla niego początek lepszego życia…
Gdy do tej menażerii dodamy jego brata – granego przez tego samego aktora niepełnosprawnego umysłowo, zagorzałego obrońcę zwierząt, wtedy to niepoprawne politycznie równanie musi się udać.
„Zieloni rzeźnicy” to uciekający od hollywoodzkich komediowych stereotypów, lekki, lecz inteligentny film. Warto go obejrzeć chociażby dla ostatniej w filmie, genialnej sceny z piłkami.
Jensen jest moim zdaniem jednym z jaśniejszych punktów na komediowej mapie europy. Para się głównie pisaniem scenariuszy; bardzo dobrze jednak, że od czasu do czasu podejmuje reżyserskie wyzwanie.

Dlaczego mandarynkowy indyk w marynacie z wódką i chili?

Bo marynata musiała być iście piekielna, aby fileciki można było nazwać diablikami.

SKŁADNIKI:
350-400g. Piersi z indyka, białko, 2 łyżki mąki ziemniaczanej, łyżka ziaren sezamu (ja użyłam czarnego, spokojnie może być biały), 3-4 mandarynki, kawałek korzenia imbiru, chilli, sos sojowy, kieliszek wódki, olej do smażenia

WYKONANIE:
Zamarynuj pokrojonego w kostkę indyka na kilka godzin, a najlepiej całą noc w sosie sojowym, chilli i wódce. Białko, mąkę, sezam, skórkę otartą z jednej mandarynki i starty imbir wymieszać, pomieszać osączonym z marynaty mięsem i smażyć, rumieniąc ze wszystkich stron. Podsmażyć też rozdzielone na kawałki mandarynki. Podawać z ryżem

Darren Aronofsky kolejny raz ryzykuje, powierzając całą fabularną dramaturgię odtwórcy głównej roli. Historie zapaśnika i baletnicy w bardzo podobnym stopniu opierają swoją spójność na emocjach, które targają głównymi bohaterami. Różnią się natomiast diametralnie warstwą estetyczną. „Czarny Łabędź” to eksplozja subtelnego piękna zawarta w historii Niny – dziewczyny chorej psychicznie, opętanej widmem ideału, z klasycznym jadłowstrętem, nadmiernie kontrolowanej przez matkę.
To co w „Czarnym Łabędziu” doceniam najbardziej to fakt, że żaden z tych problemów nie wysuwa się na pierwszy plan. Aronofsky nie chce nas szokować dramatycznymi przeżyciami wymiotującej bulimiczki, nie podkręca sztucznie napięcia w scenach, gdy ta odmawia jedzenia. Postać matki, mimo odkrywania przez nas, z biegiem czasu, jej coraz dokuczliwszych wad, nie zmienia się w obraz opętanej hetery bez serca. Pomimo tego, scena powrotu Niny z imprezy, od razu przywiodła na myśl powroty tytułowej pianistki Hanekego, a to już odrobinę cięższy kaliber. Niezwykle zaskoczył mnie też sposób fabularnego poprowadzenia postaci trenera tańca, granego przez charyzmatycznego, jak zawsze, Vincenta Cassela. Po pierwszych kilku scenach z jego udziałem wydaje nam się, że o tej postaci wiemy już wszystko. Wykorzystuje swoje solistki, bez zbędnych podchodów. Wybiera te, z którymi chce mieć romans. Jednak to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. Moralność tej postaci jest weryfikowana aż do końca filmu. Nie ma ani jednej klasycznie amerykańskiej sceny przejścia na jasną stronę mocy, jednak dla mnie, w finale trener okazuje się postacią pozytywną. Dlaczego? Bo na swojej drodze wie do czego dąży i osiąga to. Przy czym, na pewno nie jest to zaciągnięcie Niny do swojego łóżka, ale zbudzenie w niej tytułowego czarnego łabędzia. I tutaj pojawia się zasadniczy problem, który jest głównym tematem filmu. Czymś o czym trudno mówić i pisać, czymś co jest mi, osobiście, niezwykle bliskie. Może dlatego tak mocno zaangażowałam się w wewnętrzne potyczki łabędzicy o bliżej nieokreślonym kolorze piór.
Tym problemem jest niemoc twórcza w pracy aktorskiej. W wypadku baletu, środkiem wyrazu jest ciało, lecz zasada otwarcia pozostaje ta sama. Otwarcia, czyli konieczności złamania w sobie czegoś co sprawia, że „Ja” mogę być tylko sobą. Nina nigdy nie próbowała być kimś innym, lecz gdy dostała szanse ucieleśnienia w sobie głównej bohaterki „Jeziora Łabędziego”, przyszła pora na próbę aktorskiego dotarcia do odległych emocji. Emocji, które sprawiają, że jej ciało umie poruszać się w innym, nieprzypisanym sobie, wewnętrznym rytmie. Do zrozumienia, że droga, którą idzie, jest tylko jedną z setek dróg, które można w życiu wybrać. Do popatrzenia na swoje życie i człowieczeństwo z perspektywy.
Jednak aby udało się ze spokojem patrzyć na siebie z pozycji „obok”, wszystko w naszym życiu musi być perfekcyjnie poukładane. Bo przecież, gdy nabieramy dystansu, wszystkie problemy i bóle naszej egzystencji wysuwają się na pierwszy plan, przejaskrawiają i zaczynają potwornie boleć. I właśnie na taki ból naraża się Nina. Robi wszystko, by do symbolicznego „czarnego łabędzia” – drugiej strony swojej natury – dotrzeć, nie chce jednak uporać się z problemami, które drążą jej codzienność od lat. To, jak łatwo się domyślić, tylko pogłębia kompleksy i kłopoty w niej drzemiące. Jak długą drogę trzeba pokonać, żeby pogodzić się ze swoim codziennym „ja” i zacząć kształtować w sobie „ja” sceniczne, wymyślone, sterowalne, inne, ekspresyjne i mocne. Czy cichej, zakompleksionej Ninie uda się osiągnąć sukces? Czy przebrnie przez drogę samoakceptacji prowadzącą do wyczyszczenia obszaru w swojej psychice, na którym zacznie budować swoją postać? A może pójdzie drogą na skróty?
Wstydliwa mimika Natalie Portman w połączeniu z jej urodą i wspaniałą, daleką od szarży, grą aktorską nadaje ton całemu filmowi. Swoją drogą, jestem pełna podziwu dla talentu baletowego Portman. Jej umiejętności i ruchowa elegancja zostawiają daleko w tyle aktorskie standardy tańca-na-potrzeby-filmu. Nie prowadziłam dokładnego śledztwa, ale wydaje mi się, że w żadnej ze scen nie korzystała ona z pomocy profesjonalnej dublerki. Całą tą feerię chudziutkiego, ulotnego piękna podkreśla dbająca o detal, operatorska gładkość, pięknie ukazująca delikatną a zarazem bezwzględną rzeczywistość baletowego półświatka.
Aronofsky czerpie ze źródeł europejskiego kina bez kompleksów. Po „Requiem dla snów”, już zawsze chyba, pozostawiać nas będzie z poczuciem lekkiego niedosytu. Jednak nie zmienia to faktu, że jest na samym szczycie, w moim rankingu współczesnych twórców amerykańskiego mainstreamu.

Dlaczego Gudżarati urad dal, czyli hinduska zupa z soczewicy?

Bo to danie idealne dla baletnicy. Jest bardzo pożywne, zdrowe i dostarczające wszystkich składników koniecznych do efektywnego treningu, a jednocześnie nie jest zbyt kaloryczne.
Poza tym musiałam w końcu wrzucić na bloga coś z mojej ukochanej, najaromatyczniejszej w świecie, kuchni hinduskiej!

SKŁADNIKI:
375 ml jogurtu, 1 łyżka brązowego cukru, 1,6 l wody, 200g. Soczewicy ( ja użyłam zielonej), ½ łyżeczki kurkumy, 2 liście laurowe, 2 łyżeczki soli, 1 łyżka oliwy roślinnej (ja używam oleju rzepakowego tłoczonego na zimno, oliwa z oliwekjest zbyt intensywna, może zmienić smak potrawy), 1 łyżeczka nasion czarnej gorczycy, 1-2 pokruszone suszone chili, 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego, 1 łyżeczka startego świeżego imbiru, warzywo (lja użyłam cukinii, ale to może być inne warzywo, które chcemy, aby pływało w zupie, np. brokuł lub kalafior)

WYKONANIE:
Zmieszać jogurt z brązowym cukrem i 200 ml. Wody, odstawić. Umyć soczewicę, osączyć. Pozostałą wodę zagotować, Wrzucić soczewicę, zagotować ponownie i gotować bez przykrycia 10 min. dodać kurkumę, liście laurowe i sól, zamieszać przykryć i gotować 15 – 20 min. na średnim ogniu, aż soczewica będzie miękka. Wyjąć liście laurowe i gotować dalej na na małym ogniu.
Rozgrzać olej na patelni, dodać nasiona czarnej gorczycy, przykryć. Gdy nasiona przestaną strzelać, wrzucić pokruszone chili, nasiona kopru włoskiego i starty imbir. Smażyć chwilkę ciągle mieszając. Wlać to do jogurtu a jogurt do zupy, gotować razem 5 minut. Do zupy dodać podgotowane na parze lub w bardzo małej ilości wody, warzywa.

Ten kawałek będzie o balansowaniu na granicy. Ten kawałek będzie o moim pierwszym i na pewno nie ostatnim filmie jednego z enfantes terribles kina. Ten kawałek będzie o „Świętej Krwi” Jodorowsky’ego.
Fabułą składa się z retrospekcji ukazujących losy chłopca – syna dyrektora cyrku. Ale to przecież nie o wydarzenia zawiązujące logiczny ciąg fabularny tutaj chodzi. Do logiki realizmu, „Świętej krwi” jest naprawdę daleko. Dlatego pisanie o niej nie będzie najłatwiejszym zadaniem… Zatem, do dzieła!
Wyobraźcie sobie chłopca, którego życie nie jest ani trochę podobne do życia większości chłopców na tej planecie. Jego codzienne stroje to frak lub cekinowy kostium kowboja. Pewnie dlatego, aby od najmłodszych lat, mógł odnajdywać się w bądź co bądź niezbyt tolerancyjnych warunkach cyrkowego życia. Jego najbliżsi przyjaciele to karzeł w turbanie i słoń. Jego największa miłość to dziewczynka – mim, parająca się chodzeniem po płonącej linie; z twarzą przykryta grubym makijażem, na kształt maski. Zawsze milcząca. Jego matka to religijna fanatyczka, oddająca cześć tytułowej świętej krwi dziewczynki z obciętymi rękami – mesjasza tej osobliwej sekty. Historia matki jest niebanalną wariacją na temat wiary, poświęcenia i ofiary. Obrazoburcza i szalona, od pierwszych minut filmu atakuje nas atmosferą, która będzie towarzyszyć wydarzeniom aż do końca. To atmosfera przepełniona balansującą na granicy kiczu symboliką i nadekspresyjną, lecz wyjątkowo adekwatną do wydarzeń, grą aktorską. Całość jest spowita delikatną aurą absurdu, który ma się nijak do spektakularnych, roziskrzonych scen. Koszmar pomieszany z groteską niejednokrotnie przywodził na myśl filmy Dario Argento. Duszny i brutalny świat cyrku, broniący się przed rzeczywistością namalowanym uśmiechem, przypominał momentami mocno podkolorowaną „La stradę” Felliniego. Wszystkie te z pozoru sprzeczne czynniki sprawiły, że seans „Świętej krwi” po prostu mnie zahipnotyzował.
Może tak po prostu jest z filmami o cyrku – są fascynujące, bo ta wymierająca od lat instytucja jest panoptikum życia. Miejsce w którym cuda dzieją się codziennie, gdzie zabawa i rozrywka odbywa się kosztem słabszych lub kosztem życia. Miejsce, w którym rodzimy się i umieramy, na które jesteśmy skazani. To miejsce, które w koszmarnie wygiętym, krzywym zwierciadle pokazuje to, co doskonale znamy, tylko nie lubimy się temu z uwagą przyglądać – nasz świat. Z takiego świata trzeba uciekać. Sęk w tym, że nie za bardzo można. Oczy i głowa męczą się od feerii kolorów, od liczby bodźców, od nachalności przekazu. Tak, bez wątpienia można oszaleć. Właśnie to dzieje się z głównym bohaterem, lecz żeby zrozumieć musimy zbadać ów świat, fragment po fragmencie. Nie ukrywam, że niejednokrotnie ta podróż wywoływała u mnie grymas zażenowania, rozbawienia, zdziwienia, a nawet wzruszenia.
Jednak, kiedy oswoiłam się już odrobinę z szaloną rzeczywistością na ekranie, dostrzegłam zatopione w niej motywy, które mają do przekazania o wiele więcej niż tylko śmieszność i brutalność życia. Historia matki – ofiary, która staje się katem, podporządkowując naszego bohatera swojemu ciału, używając jego rąk jako swoich. Postać wytatuowanej kobiety – kochanki. Cielesności i pożądanie w czystej formie, do którego celuje się nożem (i nie tylko). Ojciec – ten który zostawia znamię na całe życie, ten który boleśnie tatuuje syna na swoje podobieństwo. Piękna scena z umierającym słoniem. To tylko niektóre z motywów, które niosą za sobą multum możliwych interpretacji, albo, przez swoje formalne rozbuchanie, możliwość nieinterpretowania zupełnie niczego. Tylko od nas zależy jak głęboko wsiąkniemy w historię. Tylko my sami wiemy, co jest kolorowym cyrkiem w naszym życiu. Więc jeśli nie boicie się odrobiny kiczu i szaleństwa, spróbujcie zajrzeć do cyrku Jodorowsky’ego.

Dlaczego Wołowina z jabłkami i rodzynkami?

Bo Alejandro Jodorowsky większość swojego życia spędził w Meksyku, a stamtąd jest to danie… Poza tym przyznacie, że połączenie woła i słodkich owoców jest dość ryzykowne i szalone. A jednak wyjątkowo udane. Tak jak „Święta krew”

SKŁADNIKI:

2 łyżki oliwy z oliwek, 750 g. mielonej wołowiny, 1 cebula pokrojona w drobną kostkę, 2 posiekane ząbki czosnku, 2 jabłka, puszka pomidorów, 1 – 2 posiekane papryczki chili, ½ – 1/3 szklanki rodzynek, ¼ łyżeczki mielonego cynamonu, ¼ łyżeczki mielonego kuminu, sól i pieprz

do przybrania: odrobina masła i płatki migdałowe

WYKONANIE:

Na dużej patelni rozgrzać oliwę, włożyć mięso, cebulę i czosnek, Od czasu do czasu mieszając smażyć aż mięso się zrumieni a cebula będzie miękka. Jabłka obrać, wykroić gniazda nasienne, pokroić w kostkę, dodać do mięsa razem z pozostałymi składnikami, gotować bez przykrycia ok. 20 – 25 minut mieszając od czasu do czasu. Migdały przesmażyć na maśle aż się zrumienią posypać potrawę. Można podawać np. z nachosami.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.